KOŃ NOLAŃSKI / "Odyseja", reż. Christopher Nolan, 2026





Christopher Nolan i jego czas/y

Nie jestem entuzjastą Christophera Nolana i cenię go za dwa filmy – Dunkierkę i Oppenheimera, w których najlepiej moim zdaniem jego techniczne fiksacje wdzięcznie pracowały w precyzyjnych – a przynajmniej zgrabnych – konstrukcjach narracyjnych (obu bazujących zresztą na faktograficznym materiale źródłowym).

W dziełach mocniej opartych na fikcji Nolanowski patos, często źle napisane dialogi, nagminnie papierowa psychologia oraz absolutny brak poczucia humoru zawsze wytrącały mnie z wiary w jego warsztatowe mistrzostwo. Po jego Batmanach z chrypiącym Christianem Bale’em zawsze łykałem prewencyjnie ibuprofen, a Prestiż i Incepcję uważam za dobre, komercyjnie eleganckie koncepty, oba skutecznie zabite brakiem pełnokrwistych postaci i durnymi rozwiązaniami fabularnymi. Zaś Interstellar, który błyszczy w scenach wymagających technicznej – kosmicznej – brawury, to film chaotyczny i umaczany w tanim sentymentalizmie. Pokazujący też wydatnie jak daleko Nolanowi do jego mistrza, Kubricka. Zatem Nolan-geniusz? Nie sądzę, prędzej błyskotliwy rzemieślnik z przebłyskami. Moja opinia nie jest jednak chyba aż tak popularna i marketingowy zamęt, jaki wywołuje premiera każdego jego filmu, budzi – statystycznie rzecz ujmując – potężne emocje.

Kto więc nie uciekł na Olimp lub przynajmniej w Bieszczady, ten wie zatem, że i ostatni film Christophera Nolana wywołał ogólnoświatowe poruszenie. Od ekscytacji szeregowych widzów letnich blockbusterów, przez rozkminki etatowych kinomanów i żywe dyskusje krytyków filmowych, aż po zaskakująco rozstrzelone opinie filologów klasycznych. Jakość tego dzieła to osobna sprawa, ale jeśli już sama ta globalna wrzawa to nie jest sukces, to ja nie wiem, co nim jest. Ok, można jeszcze wspomnieć o 1,5 mld dolarów wpływów (i ciągle jeszcze wpływają kolejne), ale nie bądźmy takimi małostkowymi materialistami. Rzecz jest bowiem dalece bardziej ważka, bo chodzi o sztukę.

A Odyseja Nolana jest arcydziełem. Przynajmniej zdaniem niektórych. Dobra, skoro już pożartowaliśmy, to mogę teraz przejść na ubitą ziemię i wyłożyć, dlaczego według mnie nim nie jest. Będą liczne spoilery, nie polecam zatem lektury tego tekstu przed seansem.


Osoby nieludzkie i trojany

By jednak nie podłożyć sobie samemu konia trojańskiego, określę na wstępie pole moich dociekań. Nie interesuje mnie Nolanowska Odyseja jako dzieło mierzone według jakiejś subiektywnej skali wierności literackiemu oryginałowi ani nie zajmują mnie jej walory historyczne czy rekonstrukcjonistyczne (lub ich brak). Interesuje mnie Odyseja jako autorska interpretacja i jej artystyczna integralność jako autonomicznego dzieła sztuki filmowej.

Zacznijmy od zalet. Nolan po wielu wcześniejszych eksperymentach z nielinearną narracją i tym razem (i zgodnie z literackim oryginałem) wrzuca nas w historię Odyseusza od środka. Nie jest to jednak chaotyczne, sztormowe morze posiekanych wątków i nawet widz niepamiętający treści eposu łatwo sklei sobie w głowie chronologię zdarzeń. Sama kompozycja fabularna jest jedną z mocniejszych stron jego filmu – klamra oparta na motywie polowania i łuku wybrzmiewa w ostatnim akcie ładnie niczym napięta cięciwa. Motyw utraty pamięci i sprofilowanie Odyseusza jako wojaka z PTSD jest oczywiście metodą dopasowania opowieści do percepcji współczesnego widza, ale nie zabija (jeszcze) uniwersalizmu samej opowieści.

Nieprzyjazna, surowa sceneria skalistych wysp, tworzy obojętny, obcy świat, który jest tak sugestywny, że nie przeszkadza nawet zaskakująco polska szarówa przybita na jego śródziemnomorskim niebie. Ba, osobiście jako ludzie północy (przynajmniej w kategoriach Homera) poczuć możemy, że ból Odysa jest naszym. Uniwersalizm u Nolana zatem siedzi niczym jesienią facet w barze. Aspekty czysto techniczne, jak to u Nolana, są na wysokim poziomie. Zdjęcia Hoyte'a Van Hoytemy i muzyka Ludwiga Göranssona są surowe i epickie, ale nie przytłaczają. Warto też zwrócić uwagę na efekty specjalne, mniej tu CGI, a sporo analogowych efektów trikowych (choć one są także najczęściej obrobione cyfrowo w postprodukcji). Cyklop jako gigantyczny wybryk natury robi wrażenie, Kirke lepiąca niczym z plasteliny świniaki z towarzyszy naszego bohatera takoż. Nawet etap pomiędzy otchłannym odpływem (Charybda) a mopem zniszczenia (Scylla) wygląda w miarę przyzwoicie.

Problemy zaczynają się, gdy spróbujemy połączyć realizm głównej osi narracyjnej z tą karuzelą fantastycznych atrakcji. Bogów w tym świecie nie ma, są tylko omamy, prześladujące Odysa wyrzuty sumienia (Atena to wizja zabitej trojańskiej kapłanki). Skąd więc ten cały mityczny monster movie? – pyta profan. Czy ten lotos od Kalipso aż tak mocno trzepie (i za ile można ten towar kupić?)?

To prowadzi do pytania o integralność świata przedstawionego. A jest ona według mnie słowem-kluczem w dyskusji o artystycznych problemach tej adaptacji. Te zaś na samych potworach i wiedźmach się nie kończą, bo mamy jeszcze w tym pakiecie Lajstrygonów, czyli armię przerośniętych Robocopów wspomaganych przez tańczący złośliwie las, oraz gościnną wizytę w niegościnnym Hadesie, wypełnionym bandą bardzo wkurzonych zombie. 

Wizyta u Kirke pojawia się wprawdzie jako cięty, feministyczny komentarz pod adresem brutalnych żołdaków wszystkich czasów (który jest zarazem swoistym pendantem do obrazu samczego przemocowego porządku świata, jaki przedstawiają oblegający Penelopę zalotnicy), ale tu w zasadzie intelektualno-publicystyczna inwencja Nolana się wyczerpuje. 

Zatem sama odyseja filmowego Odysa jawi się jako swoisty bad trip posttraumatyczny – bo Nolan chce nam tu mówić o współczesnych poważnych problemach. Szkoda tylko, że zupełnie nie potrafi uzasadnić całego mitycznego imaginarium, którego w tym celu używa.

W trakcie seansu widz nawet nie musi zajmować sobie głowy tymi niespójnościami, bo bezpośrednią i literalną wykładnię swojej Odysei recytuje Nolan ustami swoich bohaterów. To opowieść o upadku cywilizacji, która sama sprzeniewierzyła się własnym zasadom (odmieniane przez cały film Zeusowe prawo gościnności, szkoda, że pohańbione też przez Trojan, ale to Nolanowi jakoś nie wadzi w logice jego własnego wywodu), o kolejnym zmierzchu Zachodu – dawnym i obecnym. Ok, ale zatem po co tu te wszystkie poboczne atrakcje? Ten przejazd przez tunel grozy? „Jak to po co?”, wszak na bilecie stoi – jak wół ofiarny – Odyseja. „Jedź pan i nie gadaj”. Tak więc, kiedy logika tego malowniczego świata przedstawionego sypie się równie malowniczo, pozostaje zadać sobie pytanie: czy może da się oprzeć cały ten rozbuchany i rozchybotany konstrukt na dramacie postaci?


Grecy, Trojanie, panowie i panie

Trzeba tu wspomnieć, że obsada filmu już przed premierą wzbudzała niezdrowe emocje (zarówno literackich purystów, jak i klasycznych ksenofobów), głównie za sprawą odtwórczyni Heleny (i jej siostry, Klitajmestry), Lupity Nyong’o. Według mnie to po prostu dobra rola. Nyong’o pojawia się na kilka chwil, ale wprowadza na ekran wielką intensywność, a jej egzotyczna (na tle reszty obsady) uroda tylko wzmacnia ten efekt i jest sensowna w ramach przedstawionego świata (z Grecji do Afryki w końcu nie tak daleko). Jedyna jej wina polega na tym, że jej występ obnaża miałkość aktorstwa Toma Hollanda (Telemach) i Jona Bernthala (Menelaos). Ci dwaj są tu boleśnie nijacy, a co gorsza, kwestie z ich ust brzmią tak nienaturalnie, jak leżą na nich ich kostiumy.

Kończąc temat kontrowersyjnych decyzji obsadowych, wspomnę tylko, że bardziej zastanawiam się, co w itackiej (więc greckiej) ekipie Odysa robi aktor o koreańskich korzeniach i urodzie, Will Yun Lee, oraz Hindus, Himesh Patel. Może to ukłon w stronę fanów K-popu i Bollywood? Nie wiem, głośno myślę, ale może ktoś wie? Tylko poważne propozycje, bardzo proszę.

Nie będę się jednak dalej wyzłośliwiał w tej kwestii i udawał Greka, wszak cała ta maskarada to epos współczesny, uniwersalny (to bezapelacyjnie – producentem jest wszak Universal Pictures), czyli (o Homerze! co za czasy) przeważnie anglosaski. Nie żałujmy więc róż, gdy płoną greckie lasy. I zapytajmy: jak ci przeważnie bladzi Anglosasi grają? Cóż, przeważnie blado. Matt Damon to aktor zawsze co najmniej solidny i ta jego solidność tutaj jest opoką, ale niestety obnoszenie tej samej udręczonej miny przez trzy godziny nie dodaje jego postaci głębszego wyrazu. Jego Odys to człowiek obciążony przeszłością, ale zarazem zdeterminowany niczym jego Marsjanin do powrotu na ziemię (itacką). Robi, jak to polityk, rzeczy konieczne, rzeczy brzydkie, ale ma sumienie, a ono, wiadomo, nie sługa. Co zresztą odróżnia go od zdepersonalizowanego symbolu władzy – czyli najmroczniejszego dotąd rycerza Nolana, Agamemnona (dobrze zamaskowany Ben Safdie). Motyw z takim ujęciem wodza Greków jest szczęśliwy w swoim nieszczęściu (ale do tematu tragicznych wyborów wizualnych powrócę na koniec, przy okazji tematu plastycznej integralności i kostiumów).

Co zaś z pozostałymi rolami kobiecymi? Penelopa w interpretacji Anne Hathaway dotrzymuje kroku Odysowi-Damonowi. Jej godnościowa, udręczona królowa-żona o nieludzkiej cierpliwości to kreacja solidna, ale bez błysku. Występ Charlize Theron nieco rozczarowuje, bo ta aktorka, która nawet poza ekranem wygląda jak bogini-kusicielka, tu paraduje w łachach z porwanej sieci niczym rybacka sierotka i musi robić za chałupniczą psychoterapeutkę. Powszechnie chwalony występ Samanthy Morton jest bez wątpienia bezbłędny warsztatowo, ale – jak wspomniałem – samo podejście do motywu Kirke u Nolana pokazuje nie tyle jego autorską metodę obróbki materiału źródłowego, ile boleśnie uwidacznia jej brak.

Na koniec warto wspomnieć o dwóch domowych skrzydłowych Odysa: złym – Antinoosie (Robert Pattinson) i dobrym – Eumajosie (John Leguizamo) oraz trzecim, pechowym – Sinonie (Elliot Page). Pattinson ma talent i wręcz łatwość do kreowania postaci, które budzą natychmiastową, wręcz fizyczną niechęć, ale jego postać jest płaska jak dłoń, którą chcemy go zdzielić. Leguizamo, mimo grubej warstwy charakteryzacji, umie subtelnie ukazać i cierpienie, i wierność, i pokazuje je na przemian, do znudzenia. Page, mimo krótkiej obecności na ekranie, daje spośród tej trójki najmocniejszy i najbardziej przejmujący występ.

W Odysei nie ma zatem żadnych wielkich kreacji, drugi plan radzi sobie ogólnie dobrze, a kluczowe role (Odys i Penelopa) można określić jako opracowane solidnie, mnie najbardziej raził drewniany Telemach. Nolan znajduje swój rytm głównie we wstępie (ekspozycja, polowanie i elegancko wprowadzony motyw łuku) i końcowej kulminacji (przybycie do Itaki, rzeź zalotników). To bez wątpienia najlepsze momenty filmu, najbardziej kameralne, ale zarazem filmowo najbardziej gęste. Pomiędzy nimi rozciąga się jednak przestrzeń mitycznych wątków, które nie bardzo kleją się z nastrojem, tonem i – co najgorsze – światem przedstawionym owej zgrabnej klamry. Wszystkie konflikty z towarzyszami podróży są deklaratywne i nie mają żadnej dramaturgii, a cała ekipa Odysa wygląda niczym banda statystów i tak jest też traktowana przez reżysera.


Konie i reżyserowie

Nie wiem, czy przy kręceniu filmu nie ucierpiał żaden koń, ale bezapelacyjnie sam transport konia trojańskiego do nieszczęsnego grodu jest przedstawiony jako spektakularny, a zarazem niepokojący (także pod kątem BHP robotników). Sam koń trojański jest zaś wykonany brawurowo, powiedziałbym, że nawet trochę za bardzo – szczególnie jak na taką szybką, pożegnalną robótkę plastyczną, wprawdzie w skali XXL, ale zawsze. Nie czepiajmy się jednak samego konika-pułapki stojącego dęba niczym włosy Trojan po ujawnieniu się podstępnych Achajów.

Spójrzmy na samą Troję: ta płonie surowo i realnie (dekoracje, nie CGI), a zarazem kameralnie i teatralnie. To poczucie pękniętej diegezy – próby scalenia względnie realistycznego przedstawienia z jakąś symboliczną inscenizacją – nie opuszczało mnie prawie przez cały seans. Surowa, ale dobra, dość neutralna i przeważnie nierażąca sztucznością scenografia kontrastuje niemal boleśnie z ekstrawaganckimi niekiedy kostiumami. Wspomniana wcześniej złowieszcza, czarna zbroja Agamemnona to nie tylko symbol, to wręcz designerski kostium zniszczenia, a on sam wkracza do Troi na czele swoich Achajów niczym jakiś starożytny Terminator. Sami Trojanie pomykają w grubych pancerzach z tektury i od pierwszego ich pojawienia się na ekranie wiadomo, że ich tekturowa cywilizacja nie ma szans na przetrwanie – sorry, chłopaki. O Nolanowskich Lajstrygonach już wspominałem, ale dodam jeszcze, że ich futurystycznie zakute łby przywodzą na myśl projekty rodem z produkcji Marvela typu Thor – tzn. ładne, ale jednak ktoś trochę za bardzo odleciał w kostiumograficzny kosmos. Co jest u Nolana symptomatyczne, bo takie zagrania to norma w jego filmach – zupełnie jakbym widział, jak w biały dzień, w nowoczesnej metropolii pomyka pośród ultranowoczesnych, szklanych wieżowców charczący facet z marsową miną przebrany za nietoperza. Klasyczny dysonans à la Nolan.

Mam wrażenie, że sam Nolan nie do końca przemyślał kwestię, czym ta opowieść ma być. Stanął w rozkroku pomiędzy mitem a dekonstrukcją, wmontował niedbale chwytliwą, współczesną, niby-uniwersalną narrację o upadku cywilizacji i przyklepał wszystkie mityczne dziwactwa swoim ulubionym szarym filtrem:

„Bogów won, Chryste, kto w nich uwierzy, ale te mutanty zostawiamy – fajne, efektowne, no i będą takim symbolem pokonywania kolejnych przeszkód, mają potencjał na niepokojącą eko-alegorię. E, co? Jak to jaką? Cyklop – jako opłakany skutek eksperymentów z DNA oraz przetworzonego jedzenia (sery!); Lajstrygonowie – jako futurystyczni eko-strażnicy, tańczący z drzewami, czyli zasłużone bęcki za imperialne zapędy Greków i wyrąb lasów pod budowę okrętów; Scylla i Charybda – jako zemsta matki natury w wersji hard – mop i odpływ nas sprzątną za wszystkie nasze burdy i brudy, itd.itp.”.

Można tak fantazjować do woli, wszak każda głupia decyzja lub brak spójności znajdzie uzasadnienie, jeśli się tylko bardzo chcemy. Albo gdy wierzymy w zmyślność Nolana. Ja twierdzę, że funkcja tych elementów pozostaje czysto rozrywkowa, to wprawdzie czasem rozrywka w stylu survival-horror czy body-horror, ale nawet blockbuster może prawić widzom o kondycji cywilizacji, póki serwuje jej zarazem konkretne igrzyska i konkretną nawalankę.

Co gorsza, Nolan nie ma z tym raczej żadnego problemu. Tak jak wcześniej nie potrafił inteligentnie zbudować nie tyle uniwersum, ile nawet sensownej, adekwatnej scenerii dla postaci Batmana, tak teraz poległ w konfrontacji z prawdziwym, już nie popkulturowym, mitem. Jego kolejny "epicki, pesymistyczny i mroczny film" to zbiór jego ulubionych klisz, przystrojony dla niepoznaki meandrem.

Sama wymowa jego ostatniego obrazu pozostaje niespójna z narracją. Droga Odyseusza Nolana przez ten świat półmityczny („pół-”, bo pozbawiony już samolubnych bogów, ale dalej pełen niewytłumaczalnych fenomenów i groźnych potworów) jest tyleż kręta, co średnio uzasadniona. Wprawdzie odzyskuje pamięć i dźwiga brzemię swoich przewin, tragiczne greckie piętno, którego nie można zmyć, nawet jeśli po powrocie wykąpie się we krwi innych niesprawiedliwych. Ratuje swój dom, by przekazać go potomnym. Bo nie ma bogów, na których gniew czy błogosławieństwo można by zrzucić swoje winy i pogmatwane losy. Ale czy by to stwierdzić, Nolan naprawdę musiał wysłać go w odyseję? Może zamiast jej niejednoznacznych mitycznych wizji powinien mu wystarczyć zwykły, bardziej przyziemny obraz ludzkiego upadku. Niekoniecznie z tego wysokiego, trojańskiego konia.


Komentarze